![Karol Bieńkowski [Karol Bieńkowski]](../img/Karol_Bienkowski.jpg)
|
 |
 |
 |
 |
There is only Polish version of this page.
Please contact me if you need translation to English.
Mejlowa relacja z naszej podróży do Meksyku. Tworzona na żywo z kafejek internetowych.
niezły MEKSYK, 20 października 2005, 9:59
(do rodziny)
Cześć!
Wczoraj wieczorem bezpiecznie i planowo dotarliśmy na miejsce i
zakwaterowaliśmy się w Hostal Moneda w samym centrum starego miasta.
Teraz jest u nas 10 rano, jesteśmy wyspani, najedzeni (śniadanie i
obiad, a także internet w cenie noclegu; jadalnia jest na dachu
hostelu, z pięknym widokiem na katedrę i dachy starego miasta). Teraz
pójdziemy kupić bilet autobusowy do San Cristóbal na jutro, a potem
zwiedzać miasto. Pogoda piękna, wczoraj było w dzień 26 a dziś się
zapowiada też ciepło. Podroż minęła dość łatwo, w czasie lotu cały
czas świeciło słońce i nie czuliśmy, że doba jest nienaturalnie długa.
Pierwsze wrażenie z miasta - jest głośno - ludzie na siebie nawzajem
gwiżdżą, krzyczą, nawołują się, do tego dochodzą klaksony (nadużywane)
i muzyka z rożnych stron... W hostelu też na dachu przez cały wieczór
impreza.
Pozdrawiamy, będziemy informować o dalszych wrażeniach,
Natalia i Karol
Ukryj zdjęcia
Meksyk - dzień drugi, 21 października 2005, 7:26
¡Hola!
Wczoraj cały dzień zwiedzaliśmy Miasto Meksyk. Rano kupilismy sobie
bilety do San Cristóbal de Las Casas - wyjeżdżamy dziś o 18:30.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Placu Trzech Kultur, potem przeszliśmy się
ulicami większymi i mniejszymi, trafiliśmy do lasku/parku, a na końcu
pojechaliśmy do dzielnicy "artystycznej" (Coyoacán).
Ogólnie ludzie bardzo mili i przyjaźni. Jeśli przez chwilę stoimy i
zastanawiamy się co robić, to od razu ktoś nas pyta czy w czymś pomoc.
Samo miasto to momentami metropolia z szerokimi ulicami i wielkimi
drapaczami chmur, a kiedy indziej sprawia wrażenie małego miasteczka z
niskimi domami i mnóstwem zieleni (to w Coyoacán).
Dzisiaj ambitnie - Museo Nacional de Antropología.
Ściskamy,
Karol & Natalia
Ukryj zdjęcia
Z Meksyku, 21 października 2005, 7:38
¡Hola!
Mamy za sobą już dwa wieczory i cały dzień w Meksyku. Miasto oszałamia
- prażącym prosto z góry słońcem, ilością ludzi, samochodów, kolorami
zapachami i HAŁASEM. Oprócz miejsc, gdzie wszystko jest ogromne i
nieporównywalne z europejskimi miastami (szklane biurowce, drapacze
chmur, szerokie ulice obsadzone wysokimi palmami), byliśmy też w
miejscach, gdzie wzdłuż kameralnych uliczek ciągną się dwu-, trzy-
piętrowe bogate wille, otoczone murami i zielenią. (Mury są jakieś
inne niż np. wokół izabelińskich willi i nie robią odstraszającego
wrażenia). Ludzie, mimo że w większości przypominają bandytów z
westernów (taka uroda), są bardzo uczynni i otwarci. Także (nie do
pomyślenia w Warszawie) w tłoku w metrze:)
Pozdrawiamy z jadalni na dachu hostelu, z widokiem na wieże katedry i
Torre Latinoamericana.
Natalia y Karol
PS. Nagłówki wczorajszych gazet mówią tylko o jednym: nadchodzi
super-Wilma. Na szczęście pędzi prosto na Cancún, czyli blisko 1000
kilometrów od nas. Nad nami błękitne, bezchmurne niebo.
Chiapas: San Cristóbal, 22 października 2005, 18:51
¡hola amigos!
Po całej nocy jazdy (bardzo wygodnym) autobusem, dotarliśmy rano do
miasta San Cristóbal, choć pod koniec podroży jechaliśmy przez takie
puste góry (tylko kukurydza na zboczach), że straciłam wiarę, że
gdzieś na końcu jest jakieś miasto.
Aha, wyjazd wieczorem Meksyku miał taka zaletę, że obejrzeliśmy
porażający widok miasta nocą z góry - po prostu morze (!) świateł, jak
lawa wypełniająca całą dolinę.
Pierwsza niemiła różnica między Meksykiem a San Cristóbal jest taka,
że tu zimno i pada... serio. Podobno to przez huragan tu chmur
nawiało:( W związku z tym entuzjazmu może też troszkę w nas mniej, ale
zwiedzamy dzielnie. Tutaj wszystko małe i kolorowe (domy, ludzie).
Niespodziewanie dla nas - sporo białych turystów, może San Cristóbal
to taki miejscowy Kazimierz Dolny? (jest np. bazar z rękodziełem).
Jeśli chodzi o jedzenie, to w hostelu w Meksyku karmili nas po
anglosasku - bułka, jajo na twardo, dżem. Ale zaszaleliśmy też na
mieście - i za 18 zeta za dwoje zjedliśmy "comida corrida rica" (nie
wiemy co to znaczy że corrida, bo nie z wołowiny). Takie na przykład
"tacos con queso y flor de calabeza banado en salsa verde" - bardzo
smaczne:). A dziś już w San Cristóbal "mole negro" - kurczak w
naprawdę czarnym sosie z chili i czekolady i jeszcze czegoś, zdaje się
że nie do powtórzenia w Polsce...(ten fragment był dla Ewy, mam
nadzieje, że się teraz oblizuje:).
Zapatystów ani śladu, oprócz takich wełnianych - w każdej skali - od
breloczków po całkiem spore lalki. Za to miejscowi nie są chyba aż tak
gościnni jak ci w stolicy i czasem patrzą groźnie, zwłaszcza jak się
wyjmuje aparat. Może mają trochą racji, w końcu to nie zoo.
Indianie rzeczywiście są niewysocy, ale chyba i tak mój (Karola)
wzrost się tak w oczy nie rzuca, bo na ulicach mnóstwo straganów i
innych "urozmaiceń", które mnie przerastają.
Właśnie - jakby ktoś myślał, że Żydzi to naród handlarzy, to widocznie
nie był w Meksyku - sprzedaż uliczna wszystkiego to chyba narodowy
sport. (piszę sprzedaż, bo rzadko się widzi, żeby ktokolwiek coś
kupił). W wagonach metra hitem są składanki na CD (sprzedawca obnosi
włączonego discmana z głośnikiem w torbie), w autobusach "chiclets
trident" i migoczące breloczki. (nabyliśmy składankę tęsknych pieśni).
ściskamy z zachmurzonego i wilgotnego San Cristóbal
Natalia & Karol
Ukryj zdjęcia
Meksyk - dalsze plany, 22 października 2005, 18:57
(do rodziny)
Opis wrażen - w poprzednim mailu.
Jutro (niedziela) jeszcze zostajemy w San Cristóbal. Może pojedziemy
zwiedzać okoliczne wioski (np. San Juan de Chamula).
A w poniedziałek chyba już pojedziemy w kierunku Jukatanu, czyli do
Ocosingo i nad Lagunę Miramar lub do Palenque. Ta druga opcja jest
bardziej prawdopodobna, bo teraz tu pada, więc wyjazd nad jezioro
byłby uciążliwy.
Nie wiem czy się będziemy odzywać w ciągu najbliższych dni, bo jedziemy
do mniejszych miasteczek. Napiszemy albo jutro albo z Oaxaki, ale to
dopiero za 5-7 dni.
Karol & Natalia
Chiapas: San Cristóbal (2), 23 października 2005, 20:29
¡Buenas Noches!
Dzisiaj zmiana pogody i nastrojów na lepsze. Od rana świeci słońce i
jest dość ciepło. Dzisiejszy dzień spędziliśmy głównie w indiańskich
wioskach (jedna dość duża - 70 tys. mieszkańców) z przewodniczką.
Pierwsza z nich - Chamula - jest bardzo tradycyjna (majska). Oprócz
innych wierzeń mają i takie, że zrobienie zdjęcia robi im krzywdę na
duszy, więc jest zabronione... chyba że za 5 pesos (tak tanie są dusze
małych dziewczynek). Największe wrażenie robi tam kościół. Właściwie
kościołem jest już tylko z nazwy - nie odprawia się tam mszy, tylko
szamańskie obrzędy. W środku nie ma nawet ławek, na podłodze
wyścielonej pachnącymi igłami sosen i obstawionej świeczkami, siedzą
ludzie, modlą się i popijają uzdrawiające napoje (cola, fanta, sprite
- kiedy pacjentowi odbijają się bąbelki - zły duch z niego wychodzi).
Leżą też kury z ukręconymi łbami - na poważniejsze choroby. Wszystko
to w kłębach dymu kadzideł i pod zdziwionym spojrzeniem Św.
Franciszka, Sebastiana i innych zgromadzonych figur.
Druga wioska - Zinancantan - jest mniej hardkorowa. Panie tkają, a
panowie stoją na placu, młodsi grają w kosza. I tutaj wszechobecny
rozgardiasz (dzieci, kury, psy, śmiecie) nie pozwala zapomnieć, że
jesteśmy w Meksyku.
Z mniejszych przyjemności - tacos na rynku w Chamuli, obiad na patio
wsród kwiatów, tequila wieczorami w hotelu (dla rozgrzewki i
dezynfekcji).
Karol & Natalia
PS (dla rodziny). jutro wybieramy się do Ocosingo i nad Lagunę
Miramar (raczej bez Internetu), a potem do Palenque
Ukryj zdjęcia
Wciąż Chiapas - Ocosingo, 24 października 2005, 18:34
Cześć,
Miało nie być internetu... Nie doceniliśmy miasteczka Ocosingo.
Przyjechaliśmy tu dziś rano - 2 godziny autobusem z San Christobal,
ale różnica atmosferyczna ogromna. Słońce w dzień tak pali, że nie
idzie wytrzymać bez cienia. A cienia mało, bo świeci równo z góry...
Dzisiaj widzieliśmy pierwsze prawdziwe ruiny - miasta Majów o nazwie
Toniná - przepięknie położone na zboczu dość wysokiego wzgórza, z góry
widok trudny do opisania - na doliny i góry, ale to co najbardziej
cieszy oczy to zieleń. Nie wiem, czy będzie to widać na zdjęciach, ale
tak zielonej trawy (i na tak wielkim obszarze) jeszcze nie
widziałam.
Ocosingo jest najmniej turystyczne z miejsc, które zwiedzaliśmy.
Dookoła sami Meksykanie, niektórzy na koniach (w obowiązkowych
kapeluszach), inni jeżdżą masowo na pakach wielkich amerykańskich
pikapów (też w kapeluszach), a większość robi tłok na ulicach i targu.
Po pierwszym dniu w słońcu też sobie kupiliśmy takie kapelusze...
Trzeba przyznać, że jest to sprzęt dobrze przemyślany: chroni od
słońca głowę, twarz i KARK, co (po wczorajszych i dzisiejszych
doświadczeniach) wydaje się najważniejsze, a dodatkowo podwyższa
gościa o jakieś 15 cm, czyli w tutejszych warunkach o 10% :)
(kapelusze noszą wyłącznie mężczyźni, kobiety chodzą po prostu pod
parasolami).
Jutro mamy jechać do Laguny Miramar - jakieś 7 godzin busem (a do
przejechania 130 km więc widocznie droga jest ciekawa:). No i tam to
już na pewno nie będzie internetu, więc trochę odpoczniecie od naszych
sprawozdań.
brazos y besos
Natalia & Karol
Ukryj zdjęcia
chiapas - Palenque, 29 października 2005, 8:21
¡Hola!
Długo się nie odzywaliśmy, a w tym czasie oczywiście dużo się działo. Po kolei:
We wtorek rano wsiedliśmy na ciężarówkę do San Quintín, z około 25
innymi osobami (tyle się mieści, bo cześć siedzi "na pace", część nad
szoferka, a część na dachu-rusztowaniu spawanym z rurek) i mnóstwem
pakunków, paczek, pudel... Oprócz nas okazało się że jedzie też
Szwajcarka Agnes, co nas trochę podniosło na duchu, bo czuliśmy się
dość osobliwie. W ostatniej chwili wzięliśmy jeszcze 200 litrów
benzyny i pojechaliśmy.
W smrodzie benzyny i spalin, i w kurzu nie do opisania jechaliśmy 6
godzin, potem była dziura w drodze, więc wysiadka, obejście piechotą i
godzina czekania na następną ciężarówkę. Na tej drugiej już byliśmy
cwani i wdrapaliśmy się na dach - po prostu klasa biznes - wiatr we
włosach i wspaniale widoki (Chiapas jest przepiękne, tylko góry, góry,
góry). Na wybojach trzeba się trzymać, takie trochę rodeo:).
Dojechaliśmy koło 18, jeszcze krotki spacer piechota do wioski Ejido
Emiliano Zapata, tam dostaliśmy wygodny i czysty domek, pościel,
ręczniki, mydło - choć wydawało się że jesteśmy na jakimś końcu
świata. Wzięliśmy prysznic w zimnej wodzie i u miejscowego presidente
(cos w rodzaju sołtysa) dostaliśmy kolacje.
Środa - o szóstej ruszamy z Agnes i z przewodnikiem z wioski nad
Lagunę Miramar. Jezioro jest piękne, zwłaszcza o świcie, a selva
(dżungla) wokół to cos niewiarygodnego. U nas to po prostu rośnie
drzewo, może ma jakąś hubę albo mech, a tu rośliny rosną na sobie,
wspinają się i splatają w jakieś straszne i wielkie stwory. Do tego
roje motyli i rozmaite ciekawie śpiewające ptaki. A woda w jeziorze
ciepła jak w wannie, więc też sobie trochę popływaliśmy. Miły dzień,
choć też trochę męczący, bo do laguny idzie się prawie 2 godziny i z
powrotem tyleż. Wieczorem przybyli następni turyści - para Francuzów,
którzy zaraz po kolacji wyciągnęli ojczyste wino, przy którym
spędziliśmy miły wieczór. (tak na marginesie - w wiosce Zapata alkohol
jest niedostępny i "zakazany"). Aha, w Zapata spotykamy też Dagana z
Izraela, któremu skończyły się pieniądze, a czeki podróżne zostawił w
skrytce w El Panchan kolo Palenque, więc pożyczamy mu 100 peso (około
30 pln) z nadzieja, że odda, bo ma nocować jutro tam gdzie my - czyli
w El Panchan właśnie (ale nie jedziemy razem, bo on o 3 w nocy a my o
6).
Czwartek - zrywamy się znów rano żeby o 6 wsiąść w ciężarówkę powrotną
w San Quintín - tyle że jej o szóstej nie ma. Czekamy, w końcu pojawia
się kolo 7 (meksykańska punktualność:). Tym razem bez przeszkód na
drodze dojeżdżamy do Ocosingo, dość szybko jest autobus do Palenque.
Na nocleg wybieramy miejsce zwane El Panchan, między miastem Palenque
a ruinami, kilka hosteli i zespołów "cabañas" w jednym miejscu, plus
miła restauracyjka (pizzę i pastę robi fachowo prawdziwy Włoch!) oraz
sami biali turyści, w ogromnej większości młodzi. W połowie kolacji
pojawia się Dagan z 100 peso, milo że można ufać ludziom.
Piątek - miasto Majów. I tu, jak w Toniná, o wrażeniu decyduje
doskonały wybór miejsca na miasto - z jego wzgórz i otoczonych selva
świątyń rozciąga się widok na równinę poniżej. Miasto jest rozległe,
światyn i budynków takie mnóstwo, że po pewnym czasie już się nie chce
wchodzić na kolejna piramidę po stromych schodach... Całość jest
starannie i ładnie zagospodarowana i utrzymana, trawka świeżo
skoszona, jednym słowem - na poziomie. Na pewno nakłady się zwracają,
bo turystów i krajowych, i zagranicznych - tabuny (wreszcie
Japończycy, których wcześniej jakoś nie widywaliśmy).
Wieczorem i rano w naszej "cabaña", która ma okna z siatki, bez szyb,
słychać świerszcze, cykady i ptaki, a w nocy - dość przerażające ryki.
Można by się przestraszyć, myśląc że to lwy, jakby się nie wiedziało,
że to tylko "howler monkeys" - małe i niegroźne małpki o donośnych
glosach (spróbowaliśmy je nagrać).
dziś (sobota) wybieramy się znów na wycieczkę w dżunglę i do zaszytych
tam ruin miasta Yaxchilán (kawałek trzeba dopłynąć łodzią), tym razem
nie ciężarówką, ale zwykłym "busikiem".
pozdrawiamy
Natalia & Karol
ps. Jutro po południu jedziemy do Oaxaki.
Ukryj zdjęcia
Oaxaca (Oaxaca, México), 31 października 2005, 14:20
Hej,
Wygląda na to, że na dobre wróciliśmy do cywilizacji. W stolicy stanu
Oaxaca jest już całkiem sporo turystów, dla odmiany nie ma w ogóle
żołnierzy. W Chiapas wojsko było wszechobecne, z posterunkami przy
drodze kontrolującymi samochody włącznie. A każdy żolnierz miał
przewieszony przez ramie karabin niemal większy od siebie.
W Oaxace spory tłum. już od 28. zaczęły się obchody Święta Zmarłych
(dziś wieczorem kulminacja), więc dużo turystów i zagranicznych i
chyba miejscowych. Są zorganizowane wycieczki na podmiejski cmentarz,
ale kosztują aż 250 peso, więc pewnie się nie skusimy. Samo miasto
jest dość miłe, brukowane uliczki, kolonialne kamienice, kafejki,
zielone place.
Krótkie podsumowanie dwóch poprzednich dni:
W sobotę, prawie zgodnie z planem (1,5h opóźnienia, bo odwołali nam
busa) ruszyliśmy do Frontera Corozal. Ta rozległa wieś leży w dżungli
nad szarozieloną rwącą rzeką szerokości ze 300 metrów. Po jej drugiej
stronie jest już Gwatemala. Przewodnik Lonely Planet nam obiecał, że
jak trochę poczekamy, to zaraz przyjdą inni turyści i razem
popłyniemy w dól rzeki do ruin. Guzik. Byliśmy sami, i musieliśmy
płynąć we dwoje. Dzięki temu trafiła nam się mała, ale szybka łódź
(jakieś 60-70 km/h, choć trzeszczała jakby się miała zaraz rozlecieć).
Ja płynac przez dzunglę czułem się jak w "Czasie Apokalipsy",
zwłaszcza mijając Indian w ich łodziach, i posterunki wojskowe
przykryte strzechą na wysokich brzegach. Zwiedzając ruiny Yaxchilanu
trzeba chodzić wąskimi ścieżkami przez las. A nad głową siedzą stada
małp i przeraźliwie wrzeszczą (mamy nagrania, mi się kojarzyły z
odgłosami z Dooma). Małpy są ponoć niegroźne, ale wcale nie takie małe
- takie na pół człowieka.
Niedzielę spędziliśmy z innymi turystami zwiedzając busem miejscowe
atrakcje. Najpierw wodospad, potem niebieska rzekę z wiszącym
mostkiem, a na końcu cały zespół wodospadów i tarasów z wodą - Agua
Azul - gdzie się można było pokąpać.
Koniec podsumowania.
Oaxaki jeszcze nie oswoiliśmy, ale planujemy zostać tu parę dni.
I jeszcze jedna ogólna uwaga o Meksyku (od Karola) - fajne tu mają
samochody, ciężarówki i drogi. Prawie wszystko tu amerykańskie -
wielkie, głośne i błyszczące. Meksykanie dekorują wszystkie pojazdy,
nawet już mocno zdezelowane. Pośród tego wszystkiego jest oczywiście
miejsce dla garbusów i malutkich busików-Volkswagenów.
Karol y Natalia
ps. (do Mam) Trochę jesteśmy zmęczeni, zwłaszcza po dzisiejszej nocy w
autobusie. I w ogóle cały czas jeździmy, często krętymi górskimi
drogami, i w upale. Dlatego planujemy trochę odpocząć tu w Oaxace i
potem nad oceanem. Wygłodzeni nie jesteśmy - zawsze dają dużo jeść na
śniadanie i obiad, a oprócz tego poprawiamy owocami.
Ukryj zdjęcia
Oaxaca i okolice - dzień drugi, 1 listopada 2005, 20:59
¡Hola!
Już drugi dzień jesteśmy w Oaxace i już nam się podoba. Aktualnie jest
któryś z kolei dzień obchodów Święta Zmarłych i właśnie nam za plecami
gra skocznie orkiestra dęta, maszerują przebierańcy i święte figury.
Oprócz tego pootwierane wszelkie galerie, których jest tu mnóstwo, i
ze sztuką ludową i taką bardziej współczesną (a i ze współczesną
ludową) - niektóre rzeczy bardzo ładne, ale ceny raczej poza naszym
zasięgiem:)
Wczoraj zdążyliśmy po południu zobaczyć miejscowe ruiny - wzgórze
Monte Albán. Jak zwykle imponujące położenie i widoki - cały
wierzchołek wzgórza starożytni Zapotekowie "ścięli" i wypłaszczyli, no
i potem nabudowali świątyń i pałaców, ale nie za dużo, tak że został
ogromny plac pośrodku z rozległymi widokami na górzystą okolicę.
Dzisiaj dla odmiany zwiedzaliśmy cuda natury - atrakcja nazywa się
"Hierve el Agua" (czyli Wrząca Woda). Wysoko w górach ze skały
wydobywa się (bulgocząc) woda tak silnie zmineralizowana, że
krystalizujące się sole tworzą wokół źródeł niesamowite krajobrazy -
kałuże, jeziorka, korytka i naprawdę ogromne "skamieniałe" wodospady.
Trudno to opisać, a Wam pewnie jeszcze trudniej na podstawie opisu
sobie to wyobrazić, ale oczywiście wszystko mamy na zdjęciach. Oprócz
pięknych widoków można zażyć kąpieli w tej dziwnej wodzie, która wbrew
nazwie i oczekiwaniom jest jednak zimna (Karol popływał, Natalia
pobrodziła:).
W drodze powrotnej z tej wycieczki byliśmy też w Mitli, gdzie też są
Zapoteckie ruiny, na które jednak zabrakło nam już siły...
W planach na następne dni: Oaxaca - galerie, targi i muzea; targ
spożywczo - rękodzielniczy w okolicy i wycieczka w góry Sierra Norte
(ok. 3200 m.n.p.m. - to będzie nasz rekord wysokości) podobno istnieją
tam oznakowane szlaki. A potem to już zjeżdżamy na poziom morza
(Oceanu Spokojnego) i żeby ten poziom poczuć jeszcze lepiej będziemy
się wylegiwać na piasku pod palmą.
Pozdrawiamy, ściskamy
Natalia & Karol
Ukryj zdjęcia
México - zdjęcia, 2 listopada 2005, 20:13
Dzisiaj spedzilismy cały dzień w Oaxace. Przesiąkamy klimatem. Nie ma
o czym pisać :) Zamiast tego - cos do obejrzenia.
Karol & Natalia
Ukryj zdjęcia
Pożegnanie z Oaxaką, 4 listopada 2005, 21:19
Jest piątek wieczorem i zaraz wsiadamy w autobus nad morze. Oaxaca
jest interesująca, ale nas zmęczyła. To dość duże miasto i to się
czuje. Dużo ludzi, samochodów, hałas. I pogoda też trochę mecząca - w
dzień upał do 30 stopni i słońce, w nocy chłodno, i bardzo sucho.
Suchość widać i po roślinności - dookoła miasta skały i sucha trawa,
no i trochę rożnego rodzaju kaktusów.
Krótkie sprawozdanie:
- dzisiaj odwiedziliśmy Ocotlán i Mitlę i kupiliśmy trochę "pamiątek"
- wczoraj odbyliśmy zaplanowana wycieczkę w góry (ponad 3000 mnpm) i
nas trochę słońce spaliło (góry podobne jak u nas)
Nie wiemy czy nad morzem będzie internet, więc odezwiemy się być może
dopiero z Miasta Meksyk.
Ściskamy,
Karol i Natalia
Ukryj zdjęcia
Znad oceanu, 7 listopada 2005, 20:31
Hej,
A jednak i tu też jest internet. Gdziekolwiek mieszka choć trochę
ludzi, to ciągną światłowód i otwierają kafejki internetowe :) Nawet
na takim końcu świata jak Zipolite, gdzie teraz jesteśmy.
Plażujemy sobie. Jest tak ciepło, że trudno robić cokolwiek innego.
Nad wodą i w cieniu jest bardzo przyjemnie, ale już trochę wgłąb lądu
słońce prazy niemiłosiernie. Na szczęście, można prawie cały dzień
spędzić nie ruszając się z plaży - mieszkamy na plaży (w drewnianym
domku na palach), jemy na plaży (piasek jest podłogą w restauracji) i
kapiemy się na plaży.
Plażowanie jest nawet trochę męczące, zwłaszcza kąpiel w oceanie. Fale
są naprawdę spore, i trzeba wciąż z nimi walczyć. Dzisiaj nawet
próbowałem pływać na "boogie" (gdzie indziej zwanym też body board) -
ale średnio mi szło. Natalię troszkę osłabia słońce.
Ogólnie jest miło i leniwie. Czas urozmaicamy sobie wycieczkami (dziś
Pochutla i San Augustinillo, wczoraj cocodrilos w Lagunie Ventanilla).
Wieczorami przesiadujemy na tarasie naszego domku (Natalia w hamaku).
Na monotonnym, piaszczystym tle jako wydarzenia wybijają się też
wyjścia na kolacje - np wczoraj bardzo udane krewetki "al mojo de ajo"
- czyli z czosnkiem. Czego by się jednak nie dostało do jedzenia, to i
tak główną atrakcją posiłku są soki - świeżo wyciskane, prawie ze
wszystkiego - melona, ananasa, arbuza, pomarańczy i innych, które nie
wiadomo jak się tłumaczy na polski (guayabe czy coś w podobie).
Z wrażeń ogólnomeksykańskich - już zdążyło nam zobojętnieć
podróżowanie na pace pickupów - ulubiony sposób przemieszczania się
tubylców (co drugi z obnażoną maczetą:). Już też nie dziwi, że połowa
samochodów w małych wioskach to taksówki. Całkiem naturalne jest to,
że nie ma dobrze określonych granic "domów" - gdy rodzina ogląda
telewizję, to część jest w środku, inni patrzą z zewnątrz przez okno
(bez szyb oczywiście, bo w tym klimacie zbędne); dzieci odrabiają
lekcje przy kawiarnianych stolikach albo w sklepie; w łazience w
restauracji są często szczoteczki do zębów domowników; psy są wspólne
(?) i łażą sobie po ulicach i plaży pojedynczo i grupkami. Kiedy my
chcieliśmy zrobić pranie, to zapytaliśmy gospodynię na podwórku koło
naszej cabaña. Ona się wtedy po prostu troszkę przesunęła ze swoim
praniem i udostępniła nam jedno z dwóch "stanowisk" - betonowych
niecek z karbowanym dnem, i tak sobie praliśmy razem, pod dachem z
palmowych liści - w taki upał to naprawdę miłe zajęcie.
Myślimy powoli o powrocie. Będą zdjęcia i opowieści "na żywo".
Pozdrawiamy,
Karol & Natalia
Ukryj zdjęcia
hace caluroso, 8 listopada 2005, 19:28
helo
dziś spędziliśmy ostatni dzień na plaży, za godzinę ruszamy dalej
(Acapulco, Taxco).
Nic się specjalnego nie działo (czyli wg planu:). Jedyne wydarzenie to
że NIE udało nam się zobaczyć żółwi w Centro Mexicano de Tortuga w
Mazunte, bo było zamknięte (otwarte od środy do niedzieli, a dziś
wtorek:(). Za to spacerując po plaży widzieliśmy MNÓSTWO krabów; na
początku się ich nie widzi, potem się wydaje że skały się ruszają, a
potem człowiek zaczyna dostrzegać poszczególne skorupiaki
przebierające odnóżami (potrafią też skakać). Na obserwacji krabów
minął nam kwadrans i zrobiło się tak gorąco, że pozostało nam umknąć w
cień palmowego parasola i dalej już obserwować świat przez dno
szklanki...
pozdrawiamy gorrąco
Natalia & Karol
PS. Jest 19:25, już całkiem ciemno, a termometr w internetowni
pokazuje 31*C. Za to w autobusie dalekobieżnym zapewne, jak zwykle do
tej pory, przyda się polar, bo pasażerów klimatyzuje się na maksa
Ukryj zdjęcia
hace caluroso (2), 9 listopada 2005, 19:50
(do architekta)
Nie wiem, jak tam u Was w Polszcze (tzn wiem tyle co z pogody w
internecie), pewnie już się ma na zimę. Mi tutaj wręcz trudno ją sobie
wyobrazić. Upał jest taki, że po przejściu kilkunastu metrów w słońcu
człowiek jest zlany potem. (Nie przez cały czas tak mamy, tylko teraz
przyjechaliśmy w tropiki nad Pacyfikiem).
Dość zabawnie i absurdalnie wyglądają przy tej pogodzie poubierane
choinki i bombki na wystawach sklepów (u Was pewnie też już są).
Dziwne jest też to, że niby jest lato, a ciemno się robi kolo 18 (i
potem nie bardzo jest co ze sobą zrobić, zostaje cos zjeść i iść spać
- ostatnio kładliśmy się nawet o 20).
(...)
Ale pewnie najbardziej Cie interesują starożytne ruiny i miasta,
trochę ich odwiedziliśmy, ale nie za dużo, żeby się nie myliły:).
Robiłam też dużo zdjęć (Karol uważa że za dużo, ale te ruiny są zawsze
takie malownicze...). Najfajniejsze dla mnie było chyba Monte Alban,
kolo Oaxaki, nie Majów ani Azteków, tylko Zapoteków. Na szczycie góry
wypłaszczyli ogromny plac i dopiero na środku i dookoła postawili
świątynie - niesamowity widok. Przed nami jeszcze wielkie i dobrze
zachowane miasto Azteków koło Mexico City - Teotihuacán, ciekawe, czy
przebije Monte Albán. A po azteckiej stolicy Tenochtitlán została
tylko gipsowa makieta w muzeum, bo Hiszpanie zrównali je z ziemia i
zbudowali Meksyk, co za prostaki.
Wszystkie zdjęcia i sprawozdania po powrocie,
pozdrawiam,
Natalia (& Karol)
Ostatnia noc w Meksyku, 10 listopada 2005, 20:43
Hej,
Wczoraj mieliśmy dwa skrajnie odmienne doświadczenia.
Najpierw byliśmy w Acapulco - to najbrzydsze miasto jakie widzieliśmy
w Meksyku. Brud, smród, zaduch i hałas (i ani jednego kościoła:)
Jedyna ładna rzecz jaka tu widzieliśmy, to wielki statek wycieczkowy w
porcie.
Potem dotarliśmy (3 różnymi autobusami) do Taxco. To dla odmiany
najbardziej malownicze miasteczko jakie odwiedziliśmy. Wąskie uliczki
na stromym zboczu góry, piętrzące się nad sobą kolonialne kamieniczki,
ruchliwy tłum i mnóstwo małych samochodów (VW oczywiście). Klimat też
dużo bardziej przyjazny niz nad oceanem.
Właśnie zrobiliśmy internetowy checkin na jutrzejszy lot, zaraz
idziemy spać, jutro jeszcze Teotihuacan i ¡lecimy do Was!
Karol & Natalia
Ukryj zdjęcia
Po Meksyku, 13 listopada 2005, 12:27
Hej,
Wróciliśmy. Wieczorem Polska nas przywitała ciemnem, zimnem i
wilgocią. Dzisiaj jest szaro - szare niebo, szare domy, szare drzewa,
szare liście na ziemi i szarzy ludzie. No i trochę marzniemy w domu i
chodzimy w polarach, ale pewnie zaraz przywykniemy. Powrót do
rzeczywistości (choć chyba jeszcze nie całkiem, okaże się jutro w
pracy).
Z wyjazdu jesteśmy bardzo zadowoleni - wróciliśmy cali i zdrowi, i ze
wspomnieniami. Cieszymy się, że nasze maile sprawiły Wam przyjemność.
Cała wycieczka była przeżyciem, z różnego rodzaju doświadczeniami, ale
jako umysł analityczny (Karol) sprobuję jakoś wybrać najlepsze z
najlepszych:
- Wyjazd do Yaxchilanu - niezapomniana podroż łodzią, krzyczące małpy
w dżungli i Frontera Corozal - wieś z ulicami z pomarańczowego piasku
szerszymi od Marszałkowskiej - dla mnie atmosfera Czasu Apokalipsy
- Wyjazd nad Lagunę Miramar - najpierw jazda 7h drogą gruntową przez
góry jak z chińskich filmów o samurajach, potem marsz o świcie nad
jezioro przez pastwiska i dżunglę z widokami jak na afrykańskiej
sawannie, kąpiel w wielkim i cieplutkim jeziorze i w końcu
przedzieranie się przez las do jeziora z krokodylami; i do tego
towarzystwo Szwajcarki, Żyda z Izraela i pary Francuzów
- Miasto Meksyk - za różnorodność, sympatycznych ludzi, dobre jedzenie
i Muzeum Antropologii; Meksyk raz jest wielkomiejski z szerokimi
ulicami, wysokimi budynkami i szybkim metrem, a kiedy indziej można
się w nim poczuć jak w małym, zielonym miasteczku (Coyoacán);
niezapomniane wrażenie robi też widok na miasto nocą z okolicznych
wzgórz lub samolotu
- Zipolite - pełny relaks nad oceanem, i dla turystów, i dla tubylców;
przyjazny klimat (pod warunkiem, że w cieniu i nad samym morzem),
ciepła woda, dobre jedzenie, powolne tempo życia
- Ocosingo - za klimat małego ruchliwego miasteczka, może to kwestia
tego, że byliśmy tam na początku naszej wyprawy, ale to tu czuliśmy
się jak w "prawdziwym Meksyku"
No i jeszcze:
- Taxco - najbardziej malownicze miasteczko, z wąskimi uliczkami
- Chamula - obrzędy w kościele robią naprawdę duże wrażenie
- Palenque - ruiny o zupełnie nie-europejskich kształtach, przez to tajemnicze
A dla mnie (Natalia) najmilsze przeżycie i wspomnienie to jazda na
ciężarówce nad Lagunę Miramar przez niemożliwie zielone góry Chiapas
(też: towarzystwo w ciężarówce) i dżungla wokół Laguny. A ze
starożytnych architektur/urbanistyk moim numerem 1 jest Monte Albán -
z racji świetnego wyboru lokalizacji i świetnego wykorzystania jej
walorów.
Karol y Natalia
|