A travel to Mexico in 2005 Polski [pl] | English [en]
[Karol Bieńkowski]

CV
Contact
Work
University
Photos
Hobbies
| Ecuador
| Mexico
| Spain


There is only Polish version of this page. Please contact me if you need translation to English.


Mejlowa relacja z naszej podróży do Meksyku. Tworzona na żywo z kafejek internetowych.


niezły MEKSYK, 20 października 2005, 9:59
(do rodziny)

Cześć!

Wczoraj wieczorem bezpiecznie i planowo dotarliśmy na miejsce i zakwaterowaliśmy się w Hostal Moneda w samym centrum starego miasta. Teraz jest u nas 10 rano, jesteśmy wyspani, najedzeni (śniadanie i obiad, a także internet w cenie noclegu; jadalnia jest na dachu hostelu, z pięknym widokiem na katedrę i dachy starego miasta). Teraz pójdziemy kupić bilet autobusowy do San Cristóbal na jutro, a potem zwiedzać miasto. Pogoda piękna, wczoraj było w dzień 26 a dziś się zapowiada też ciepło. Podroż minęła dość łatwo, w czasie lotu cały czas świeciło słońce i nie czuliśmy, że doba jest nienaturalnie długa. Pierwsze wrażenie z miasta - jest głośno - ludzie na siebie nawzajem gwiżdżą, krzyczą, nawołują się, do tego dochodzą klaksony (nadużywane) i muzyka z rożnych stron... W hostelu też na dachu przez cały wieczór impreza.

Pozdrawiamy, będziemy informować o dalszych wrażeniach,

Natalia i Karol

[010-DF-taxis] Ukryj zdjęcia


Meksyk - dzień drugi, 21 października 2005, 7:26

¡Hola!

Wczoraj cały dzień zwiedzaliśmy Miasto Meksyk. Rano kupilismy sobie bilety do San Cristóbal de Las Casas - wyjeżdżamy dziś o 18:30. Zwiedzanie zaczęliśmy od Placu Trzech Kultur, potem przeszliśmy się ulicami większymi i mniejszymi, trafiliśmy do lasku/parku, a na końcu pojechaliśmy do dzielnicy "artystycznej" (Coyoacán).

Ogólnie ludzie bardzo mili i przyjaźni. Jeśli przez chwilę stoimy i zastanawiamy się co robić, to od razu ktoś nas pyta czy w czymś pomoc. Samo miasto to momentami metropolia z szerokimi ulicami i wielkimi drapaczami chmur, a kiedy indziej sprawia wrażenie małego miasteczka z niskimi domami i mnóstwem zieleni (to w Coyoacán).

Dzisiaj ambitnie - Museo Nacional de Antropología.

Ściskamy,
Karol & Natalia

[020-DF-camioneta] [030-DF-Museo_de_Antropologia] [040-Museo_de_Antropologia] Ukryj zdjęcia


Z Meksyku, 21 października 2005, 7:38

¡Hola!

Mamy za sobą już dwa wieczory i cały dzień w Meksyku. Miasto oszałamia - prażącym prosto z góry słońcem, ilością ludzi, samochodów, kolorami zapachami i HAŁASEM. Oprócz miejsc, gdzie wszystko jest ogromne i nieporównywalne z europejskimi miastami (szklane biurowce, drapacze chmur, szerokie ulice obsadzone wysokimi palmami), byliśmy też w miejscach, gdzie wzdłuż kameralnych uliczek ciągną się dwu-, trzy- piętrowe bogate wille, otoczone murami i zielenią. (Mury są jakieś inne niż np. wokół izabelińskich willi i nie robią odstraszającego wrażenia). Ludzie, mimo że w większości przypominają bandytów z westernów (taka uroda), są bardzo uczynni i otwarci. Także (nie do pomyślenia w Warszawie) w tłoku w metrze:)

Pozdrawiamy z jadalni na dachu hostelu, z widokiem na wieże katedry i Torre Latinoamericana.

Natalia y Karol

PS. Nagłówki wczorajszych gazet mówią tylko o jednym: nadchodzi super-Wilma. Na szczęście pędzi prosto na Cancún, czyli blisko 1000 kilometrów od nas. Nad nami błękitne, bezchmurne niebo.


Chiapas: San Cristóbal, 22 października 2005, 18:51

¡hola amigos!

Po całej nocy jazdy (bardzo wygodnym) autobusem, dotarliśmy rano do miasta San Cristóbal, choć pod koniec podroży jechaliśmy przez takie puste góry (tylko kukurydza na zboczach), że straciłam wiarę, że gdzieś na końcu jest jakieś miasto.

Aha, wyjazd wieczorem Meksyku miał taka zaletę, że obejrzeliśmy porażający widok miasta nocą z góry - po prostu morze (!) świateł, jak lawa wypełniająca całą dolinę.

Pierwsza niemiła różnica między Meksykiem a San Cristóbal jest taka, że tu zimno i pada... serio. Podobno to przez huragan tu chmur nawiało:( W związku z tym entuzjazmu może też troszkę w nas mniej, ale zwiedzamy dzielnie. Tutaj wszystko małe i kolorowe (domy, ludzie). Niespodziewanie dla nas - sporo białych turystów, może San Cristóbal to taki miejscowy Kazimierz Dolny? (jest np. bazar z rękodziełem).

Jeśli chodzi o jedzenie, to w hostelu w Meksyku karmili nas po anglosasku - bułka, jajo na twardo, dżem. Ale zaszaleliśmy też na mieście - i za 18 zeta za dwoje zjedliśmy "comida corrida rica" (nie wiemy co to znaczy że corrida, bo nie z wołowiny). Takie na przykład "tacos con queso y flor de calabeza banado en salsa verde" - bardzo smaczne:). A dziś już w San Cristóbal "mole negro" - kurczak w naprawdę czarnym sosie z chili i czekolady i jeszcze czegoś, zdaje się że nie do powtórzenia w Polsce...(ten fragment był dla Ewy, mam nadzieje, że się teraz oblizuje:).

Zapatystów ani śladu, oprócz takich wełnianych - w każdej skali - od breloczków po całkiem spore lalki. Za to miejscowi nie są chyba aż tak gościnni jak ci w stolicy i czasem patrzą groźnie, zwłaszcza jak się wyjmuje aparat. Może mają trochą racji, w końcu to nie zoo.

Indianie rzeczywiście są niewysocy, ale chyba i tak mój (Karola) wzrost się tak w oczy nie rzuca, bo na ulicach mnóstwo straganów i innych "urozmaiceń", które mnie przerastają.

Właśnie - jakby ktoś myślał, że Żydzi to naród handlarzy, to widocznie nie był w Meksyku - sprzedaż uliczna wszystkiego to chyba narodowy sport. (piszę sprzedaż, bo rzadko się widzi, żeby ktokolwiek coś kupił). W wagonach metra hitem są składanki na CD (sprzedawca obnosi włączonego discmana z głośnikiem w torbie), w autobusach "chiclets trident" i migoczące breloczki. (nabyliśmy składankę tęsknych pieśni).

ściskamy z zachmurzonego i wilgotnego San Cristóbal

Natalia & Karol

[090-San_Cristobal-mole_negro] [095-San_Cristobal-Mayas] [100-San_Cristobal-artesenias] [110-San_Cristobal-artesenias] [120-Taxco-artesenias] [130-San_Cristobal-mercado] [140-San_Cristobal-mercado] Ukryj zdjęcia


Meksyk - dalsze plany, 22 października 2005, 18:57
(do rodziny)

Opis wrażen - w poprzednim mailu.

Jutro (niedziela) jeszcze zostajemy w San Cristóbal. Może pojedziemy zwiedzać okoliczne wioski (np. San Juan de Chamula).

A w poniedziałek chyba już pojedziemy w kierunku Jukatanu, czyli do Ocosingo i nad Lagunę Miramar lub do Palenque. Ta druga opcja jest bardziej prawdopodobna, bo teraz tu pada, więc wyjazd nad jezioro byłby uciążliwy.

Nie wiem czy się będziemy odzywać w ciągu najbliższych dni, bo jedziemy do mniejszych miasteczek. Napiszemy albo jutro albo z Oaxaki, ale to dopiero za 5-7 dni.

Karol & Natalia


Chiapas: San Cristóbal (2), 23 października 2005, 20:29

¡Buenas Noches!

Dzisiaj zmiana pogody i nastrojów na lepsze. Od rana świeci słońce i jest dość ciepło. Dzisiejszy dzień spędziliśmy głównie w indiańskich wioskach (jedna dość duża - 70 tys. mieszkańców) z przewodniczką.

Pierwsza z nich - Chamula - jest bardzo tradycyjna (majska). Oprócz innych wierzeń mają i takie, że zrobienie zdjęcia robi im krzywdę na duszy, więc jest zabronione... chyba że za 5 pesos (tak tanie są dusze małych dziewczynek). Największe wrażenie robi tam kościół. Właściwie kościołem jest już tylko z nazwy - nie odprawia się tam mszy, tylko szamańskie obrzędy. W środku nie ma nawet ławek, na podłodze wyścielonej pachnącymi igłami sosen i obstawionej świeczkami, siedzą ludzie, modlą się i popijają uzdrawiające napoje (cola, fanta, sprite - kiedy pacjentowi odbijają się bąbelki - zły duch z niego wychodzi). Leżą też kury z ukręconymi łbami - na poważniejsze choroby. Wszystko to w kłębach dymu kadzideł i pod zdziwionym spojrzeniem Św. Franciszka, Sebastiana i innych zgromadzonych figur.

Druga wioska - Zinancantan - jest mniej hardkorowa. Panie tkają, a panowie stoją na placu, młodsi grają w kosza. I tutaj wszechobecny rozgardiasz (dzieci, kury, psy, śmiecie) nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy w Meksyku.

Z mniejszych przyjemności - tacos na rynku w Chamuli, obiad na patio wsród kwiatów, tequila wieczorami w hotelu (dla rozgrzewki i dezynfekcji).

Karol & Natalia

PS (dla rodziny). jutro wybieramy się do Ocosingo i nad Lagunę Miramar (raczej bez Internetu), a potem do Palenque

[050-San_Cristobal] [060-San_Cristobal] [070-San_Cristobal] [080-San_Cristobal-perros] [150-Chamula] [160-Zinancantan] [170-Zinancantan] Ukryj zdjęcia


Wciąż Chiapas - Ocosingo, 24 października 2005, 18:34

Cześć,

Miało nie być internetu... Nie doceniliśmy miasteczka Ocosingo. Przyjechaliśmy tu dziś rano - 2 godziny autobusem z San Christobal, ale różnica atmosferyczna ogromna. Słońce w dzień tak pali, że nie idzie wytrzymać bez cienia. A cienia mało, bo świeci równo z góry... Dzisiaj widzieliśmy pierwsze prawdziwe ruiny - miasta Majów o nazwie Toniná - przepięknie położone na zboczu dość wysokiego wzgórza, z góry widok trudny do opisania - na doliny i góry, ale to co najbardziej cieszy oczy to zieleń. Nie wiem, czy będzie to widać na zdjęciach, ale tak zielonej trawy (i na tak wielkim obszarze) jeszcze nie widziałam.

Ocosingo jest najmniej turystyczne z miejsc, które zwiedzaliśmy. Dookoła sami Meksykanie, niektórzy na koniach (w obowiązkowych kapeluszach), inni jeżdżą masowo na pakach wielkich amerykańskich pikapów (też w kapeluszach), a większość robi tłok na ulicach i targu. Po pierwszym dniu w słońcu też sobie kupiliśmy takie kapelusze... Trzeba przyznać, że jest to sprzęt dobrze przemyślany: chroni od słońca głowę, twarz i KARK, co (po wczorajszych i dzisiejszych doświadczeniach) wydaje się najważniejsze, a dodatkowo podwyższa gościa o jakieś 15 cm, czyli w tutejszych warunkach o 10% :) (kapelusze noszą wyłącznie mężczyźni, kobiety chodzą po prostu pod parasolami).

Jutro mamy jechać do Laguny Miramar - jakieś 7 godzin busem (a do przejechania 130 km więc widocznie droga jest ciekawa:). No i tam to już na pewno nie będzie internetu, więc trochę odpoczniecie od naszych sprawozdań.

brazos y besos

Natalia & Karol

[180-Chiapas-Tonina] [190-Chiapas-Tonina] Ukryj zdjęcia


chiapas - Palenque, 29 października 2005, 8:21

¡Hola!

Długo się nie odzywaliśmy, a w tym czasie oczywiście dużo się działo. Po kolei:

We wtorek rano wsiedliśmy na ciężarówkę do San Quintín, z około 25 innymi osobami (tyle się mieści, bo cześć siedzi "na pace", część nad szoferka, a część na dachu-rusztowaniu spawanym z rurek) i mnóstwem pakunków, paczek, pudel... Oprócz nas okazało się że jedzie też Szwajcarka Agnes, co nas trochę podniosło na duchu, bo czuliśmy się dość osobliwie. W ostatniej chwili wzięliśmy jeszcze 200 litrów benzyny i pojechaliśmy.

W smrodzie benzyny i spalin, i w kurzu nie do opisania jechaliśmy 6 godzin, potem była dziura w drodze, więc wysiadka, obejście piechotą i godzina czekania na następną ciężarówkę. Na tej drugiej już byliśmy cwani i wdrapaliśmy się na dach - po prostu klasa biznes - wiatr we włosach i wspaniale widoki (Chiapas jest przepiękne, tylko góry, góry, góry). Na wybojach trzeba się trzymać, takie trochę rodeo:). Dojechaliśmy koło 18, jeszcze krotki spacer piechota do wioski Ejido Emiliano Zapata, tam dostaliśmy wygodny i czysty domek, pościel, ręczniki, mydło - choć wydawało się że jesteśmy na jakimś końcu świata. Wzięliśmy prysznic w zimnej wodzie i u miejscowego presidente (cos w rodzaju sołtysa) dostaliśmy kolacje.

Środa - o szóstej ruszamy z Agnes i z przewodnikiem z wioski nad Lagunę Miramar. Jezioro jest piękne, zwłaszcza o świcie, a selva (dżungla) wokół to cos niewiarygodnego. U nas to po prostu rośnie drzewo, może ma jakąś hubę albo mech, a tu rośliny rosną na sobie, wspinają się i splatają w jakieś straszne i wielkie stwory. Do tego roje motyli i rozmaite ciekawie śpiewające ptaki. A woda w jeziorze ciepła jak w wannie, więc też sobie trochę popływaliśmy. Miły dzień, choć też trochę męczący, bo do laguny idzie się prawie 2 godziny i z powrotem tyleż. Wieczorem przybyli następni turyści - para Francuzów, którzy zaraz po kolacji wyciągnęli ojczyste wino, przy którym spędziliśmy miły wieczór. (tak na marginesie - w wiosce Zapata alkohol jest niedostępny i "zakazany"). Aha, w Zapata spotykamy też Dagana z Izraela, któremu skończyły się pieniądze, a czeki podróżne zostawił w skrytce w El Panchan kolo Palenque, więc pożyczamy mu 100 peso (około 30 pln) z nadzieja, że odda, bo ma nocować jutro tam gdzie my - czyli w El Panchan właśnie (ale nie jedziemy razem, bo on o 3 w nocy a my o 6).

Czwartek - zrywamy się znów rano żeby o 6 wsiąść w ciężarówkę powrotną w San Quintín - tyle że jej o szóstej nie ma. Czekamy, w końcu pojawia się kolo 7 (meksykańska punktualność:). Tym razem bez przeszkód na drodze dojeżdżamy do Ocosingo, dość szybko jest autobus do Palenque. Na nocleg wybieramy miejsce zwane El Panchan, między miastem Palenque a ruinami, kilka hosteli i zespołów "cabañas" w jednym miejscu, plus miła restauracyjka (pizzę i pastę robi fachowo prawdziwy Włoch!) oraz sami biali turyści, w ogromnej większości młodzi. W połowie kolacji pojawia się Dagan z 100 peso, milo że można ufać ludziom.

Piątek - miasto Majów. I tu, jak w Toniná, o wrażeniu decyduje doskonały wybór miejsca na miasto - z jego wzgórz i otoczonych selva świątyń rozciąga się widok na równinę poniżej. Miasto jest rozległe, światyn i budynków takie mnóstwo, że po pewnym czasie już się nie chce wchodzić na kolejna piramidę po stromych schodach... Całość jest starannie i ładnie zagospodarowana i utrzymana, trawka świeżo skoszona, jednym słowem - na poziomie. Na pewno nakłady się zwracają, bo turystów i krajowych, i zagranicznych - tabuny (wreszcie Japończycy, których wcześniej jakoś nie widywaliśmy).

Wieczorem i rano w naszej "cabaña", która ma okna z siatki, bez szyb, słychać świerszcze, cykady i ptaki, a w nocy - dość przerażające ryki. Można by się przestraszyć, myśląc że to lwy, jakby się nie wiedziało, że to tylko "howler monkeys" - małe i niegroźne małpki o donośnych glosach (spróbowaliśmy je nagrać).

dziś (sobota) wybieramy się znów na wycieczkę w dżunglę i do zaszytych tam ruin miasta Yaxchilán (kawałek trzeba dopłynąć łodzią), tym razem nie ciężarówką, ale zwykłym "busikiem".

pozdrawiamy Natalia & Karol

ps. Jutro po południu jedziemy do Oaxaki.

[200-Laguna_Miramar-selva] [210-Laguna_Miramar-rancheros] [220-Laguna_Miramar-selva] [230-San_Quentin-tienda] [240-Palenque-ruinas] [250-El_Panchan-dos_cervezas] [250-Palenque] Ukryj zdjęcia


Oaxaca (Oaxaca, México), 31 października 2005, 14:20

Hej,

Wygląda na to, że na dobre wróciliśmy do cywilizacji. W stolicy stanu Oaxaca jest już całkiem sporo turystów, dla odmiany nie ma w ogóle żołnierzy. W Chiapas wojsko było wszechobecne, z posterunkami przy drodze kontrolującymi samochody włącznie. A każdy żolnierz miał przewieszony przez ramie karabin niemal większy od siebie.

W Oaxace spory tłum. już od 28. zaczęły się obchody Święta Zmarłych (dziś wieczorem kulminacja), więc dużo turystów i zagranicznych i chyba miejscowych. Są zorganizowane wycieczki na podmiejski cmentarz, ale kosztują aż 250 peso, więc pewnie się nie skusimy. Samo miasto jest dość miłe, brukowane uliczki, kolonialne kamienice, kafejki, zielone place.

Krótkie podsumowanie dwóch poprzednich dni:

W sobotę, prawie zgodnie z planem (1,5h opóźnienia, bo odwołali nam busa) ruszyliśmy do Frontera Corozal. Ta rozległa wieś leży w dżungli nad szarozieloną rwącą rzeką szerokości ze 300 metrów. Po jej drugiej stronie jest już Gwatemala. Przewodnik Lonely Planet nam obiecał, że jak trochę poczekamy, to zaraz przyjdą inni turyści i razem popłyniemy w dól rzeki do ruin. Guzik. Byliśmy sami, i musieliśmy płynąć we dwoje. Dzięki temu trafiła nam się mała, ale szybka łódź (jakieś 60-70 km/h, choć trzeszczała jakby się miała zaraz rozlecieć). Ja płynac przez dzunglę czułem się jak w "Czasie Apokalipsy", zwłaszcza mijając Indian w ich łodziach, i posterunki wojskowe przykryte strzechą na wysokich brzegach. Zwiedzając ruiny Yaxchilanu trzeba chodzić wąskimi ścieżkami przez las. A nad głową siedzą stada małp i przeraźliwie wrzeszczą (mamy nagrania, mi się kojarzyły z odgłosami z Dooma). Małpy są ponoć niegroźne, ale wcale nie takie małe - takie na pół człowieka.

Niedzielę spędziliśmy z innymi turystami zwiedzając busem miejscowe atrakcje. Najpierw wodospad, potem niebieska rzekę z wiszącym mostkiem, a na końcu cały zespół wodospadów i tarasów z wodą - Agua Azul - gdzie się można było pokąpać.

Koniec podsumowania.

Oaxaki jeszcze nie oswoiliśmy, ale planujemy zostać tu parę dni.

I jeszcze jedna ogólna uwaga o Meksyku (od Karola) - fajne tu mają samochody, ciężarówki i drogi. Prawie wszystko tu amerykańskie - wielkie, głośne i błyszczące. Meksykanie dekorują wszystkie pojazdy, nawet już mocno zdezelowane. Pośród tego wszystkiego jest oczywiście miejsce dla garbusów i malutkich busików-Volkswagenów.

Karol y Natalia

ps. (do Mam) Trochę jesteśmy zmęczeni, zwłaszcza po dzisiejszej nocy w autobusie. I w ogóle cały czas jeździmy, często krętymi górskimi drogami, i w upale. Dlatego planujemy trochę odpocząć tu w Oaxace i potem nad oceanem. Wygłodzeni nie jesteśmy - zawsze dają dużo jeść na śniadanie i obiad, a oprócz tego poprawiamy owocami.

[260-Frontera_Corozal] [270-Agua_Azul] [275-Agua_Azul] [280-Agua_Clara] [290-Agua_Clara] Ukryj zdjęcia


Oaxaca i okolice - dzień drugi, 1 listopada 2005, 20:59

¡Hola!

Już drugi dzień jesteśmy w Oaxace i już nam się podoba. Aktualnie jest któryś z kolei dzień obchodów Święta Zmarłych i właśnie nam za plecami gra skocznie orkiestra dęta, maszerują przebierańcy i święte figury. Oprócz tego pootwierane wszelkie galerie, których jest tu mnóstwo, i ze sztuką ludową i taką bardziej współczesną (a i ze współczesną ludową) - niektóre rzeczy bardzo ładne, ale ceny raczej poza naszym zasięgiem:)

Wczoraj zdążyliśmy po południu zobaczyć miejscowe ruiny - wzgórze Monte Albán. Jak zwykle imponujące położenie i widoki - cały wierzchołek wzgórza starożytni Zapotekowie "ścięli" i wypłaszczyli, no i potem nabudowali świątyń i pałaców, ale nie za dużo, tak że został ogromny plac pośrodku z rozległymi widokami na górzystą okolicę.

Dzisiaj dla odmiany zwiedzaliśmy cuda natury - atrakcja nazywa się "Hierve el Agua" (czyli Wrząca Woda). Wysoko w górach ze skały wydobywa się (bulgocząc) woda tak silnie zmineralizowana, że krystalizujące się sole tworzą wokół źródeł niesamowite krajobrazy - kałuże, jeziorka, korytka i naprawdę ogromne "skamieniałe" wodospady. Trudno to opisać, a Wam pewnie jeszcze trudniej na podstawie opisu sobie to wyobrazić, ale oczywiście wszystko mamy na zdjęciach. Oprócz pięknych widoków można zażyć kąpieli w tej dziwnej wodzie, która wbrew nazwie i oczekiwaniom jest jednak zimna (Karol popływał, Natalia pobrodziła:).

W drodze powrotnej z tej wycieczki byliśmy też w Mitli, gdzie też są Zapoteckie ruiny, na które jednak zabrakło nam już siły...

W planach na następne dni: Oaxaca - galerie, targi i muzea; targ spożywczo - rękodzielniczy w okolicy i wycieczka w góry Sierra Norte (ok. 3200 m.n.p.m. - to będzie nasz rekord wysokości) podobno istnieją tam oznakowane szlaki. A potem to już zjeżdżamy na poziom morza (Oceanu Spokojnego) i żeby ten poziom poczuć jeszcze lepiej będziemy się wylegiwać na piasku pod palmą.

Pozdrawiamy, ściskamy

Natalia & Karol

[390-Hierve_El_Agua] [400-Hierve_El_Agua] [410-Hierve_El_Agua] [414-Cuahimoloyas] [415-Cuahimoloyas] [416-Cuahimoloyas] [420-Monte_Alban] Ukryj zdjęcia


México - zdjęcia, 2 listopada 2005, 20:13

Dzisiaj spedzilismy cały dzień w Oaxace. Przesiąkamy klimatem. Nie ma o czym pisać :) Zamiast tego - cos do obejrzenia.

Karol & Natalia

[300-Oaxaca] [310-Oaxaca] [320-Oaxaca-Santo_Domingo] [370-Zipolite-iguana] [380-Ocotlan-sombreros] Ukryj zdjęcia


Pożegnanie z Oaxaką, 4 listopada 2005, 21:19

Jest piątek wieczorem i zaraz wsiadamy w autobus nad morze. Oaxaca jest interesująca, ale nas zmęczyła. To dość duże miasto i to się czuje. Dużo ludzi, samochodów, hałas. I pogoda też trochę mecząca - w dzień upał do 30 stopni i słońce, w nocy chłodno, i bardzo sucho. Suchość widać i po roślinności - dookoła miasta skały i sucha trawa, no i trochę rożnego rodzaju kaktusów.

Krótkie sprawozdanie:

  • dzisiaj odwiedziliśmy Ocotlán i Mitlę i kupiliśmy trochę "pamiątek"
  • wczoraj odbyliśmy zaplanowana wycieczkę w góry (ponad 3000 mnpm) i nas trochę słońce spaliło (góry podobne jak u nas)

Nie wiemy czy nad morzem będzie internet, więc odezwiemy się być może dopiero z Miasta Meksyk.

Ściskamy, Karol i Natalia

[330-Mitla-mezcalito] [340-Oaxaca-Dia_de_Muertos] [345-Oaxaca-Dia_de_Muertos] [350-Oaxaca-autobus] [360-Oaxaca-carros] Ukryj zdjęcia


Znad oceanu, 7 listopada 2005, 20:31

Hej,

A jednak i tu też jest internet. Gdziekolwiek mieszka choć trochę ludzi, to ciągną światłowód i otwierają kafejki internetowe :) Nawet na takim końcu świata jak Zipolite, gdzie teraz jesteśmy.

Plażujemy sobie. Jest tak ciepło, że trudno robić cokolwiek innego. Nad wodą i w cieniu jest bardzo przyjemnie, ale już trochę wgłąb lądu słońce prazy niemiłosiernie. Na szczęście, można prawie cały dzień spędzić nie ruszając się z plaży - mieszkamy na plaży (w drewnianym domku na palach), jemy na plaży (piasek jest podłogą w restauracji) i kapiemy się na plaży.

Plażowanie jest nawet trochę męczące, zwłaszcza kąpiel w oceanie. Fale są naprawdę spore, i trzeba wciąż z nimi walczyć. Dzisiaj nawet próbowałem pływać na "boogie" (gdzie indziej zwanym też body board) - ale średnio mi szło. Natalię troszkę osłabia słońce.

Ogólnie jest miło i leniwie. Czas urozmaicamy sobie wycieczkami (dziś Pochutla i San Augustinillo, wczoraj cocodrilos w Lagunie Ventanilla). Wieczorami przesiadujemy na tarasie naszego domku (Natalia w hamaku). Na monotonnym, piaszczystym tle jako wydarzenia wybijają się też wyjścia na kolacje - np wczoraj bardzo udane krewetki "al mojo de ajo" - czyli z czosnkiem. Czego by się jednak nie dostało do jedzenia, to i tak główną atrakcją posiłku są soki - świeżo wyciskane, prawie ze wszystkiego - melona, ananasa, arbuza, pomarańczy i innych, które nie wiadomo jak się tłumaczy na polski (guayabe czy coś w podobie).

Z wrażeń ogólnomeksykańskich - już zdążyło nam zobojętnieć podróżowanie na pace pickupów - ulubiony sposób przemieszczania się tubylców (co drugi z obnażoną maczetą:). Już też nie dziwi, że połowa samochodów w małych wioskach to taksówki. Całkiem naturalne jest to, że nie ma dobrze określonych granic "domów" - gdy rodzina ogląda telewizję, to część jest w środku, inni patrzą z zewnątrz przez okno (bez szyb oczywiście, bo w tym klimacie zbędne); dzieci odrabiają lekcje przy kawiarnianych stolikach albo w sklepie; w łazience w restauracji są często szczoteczki do zębów domowników; psy są wspólne (?) i łażą sobie po ulicach i plaży pojedynczo i grupkami. Kiedy my chcieliśmy zrobić pranie, to zapytaliśmy gospodynię na podwórku koło naszej cabaña. Ona się wtedy po prostu troszkę przesunęła ze swoim praniem i udostępniła nam jedno z dwóch "stanowisk" - betonowych niecek z karbowanym dnem, i tak sobie praliśmy razem, pod dachem z palmowych liści - w taki upał to naprawdę miłe zajęcie.

Myślimy powoli o powrocie. Będą zdjęcia i opowieści "na żywo".

Pozdrawiamy, Karol & Natalia

[430-San_Augustinillo-la_botella] [440-Zipolite-cabana] [460-Zipolite-playa] [470-Zipolite-dos_cervesas] [480-Zipolite-hamaca] [490-Zipolite-hamaca] Ukryj zdjęcia


hace caluroso, 8 listopada 2005, 19:28

helo

dziś spędziliśmy ostatni dzień na plaży, za godzinę ruszamy dalej (Acapulco, Taxco).

Nic się specjalnego nie działo (czyli wg planu:). Jedyne wydarzenie to że NIE udało nam się zobaczyć żółwi w Centro Mexicano de Tortuga w Mazunte, bo było zamknięte (otwarte od środy do niedzieli, a dziś wtorek:(). Za to spacerując po plaży widzieliśmy MNÓSTWO krabów; na początku się ich nie widzi, potem się wydaje że skały się ruszają, a potem człowiek zaczyna dostrzegać poszczególne skorupiaki przebierające odnóżami (potrafią też skakać). Na obserwacji krabów minął nam kwadrans i zrobiło się tak gorąco, że pozostało nam umknąć w cień palmowego parasola i dalej już obserwować świat przez dno szklanki...

pozdrawiamy gorrąco

Natalia & Karol

PS. Jest 19:25, już całkiem ciemno, a termometr w internetowni pokazuje 31*C. Za to w autobusie dalekobieżnym zapewne, jak zwykle do tej pory, przyda się polar, bo pasażerów klimatyzuje się na maksa

[495-Laguna_Ventanilla-cocodrilos] Ukryj zdjęcia


hace caluroso (2), 9 listopada 2005, 19:50
(do architekta)

Nie wiem, jak tam u Was w Polszcze (tzn wiem tyle co z pogody w internecie), pewnie już się ma na zimę. Mi tutaj wręcz trudno ją sobie wyobrazić. Upał jest taki, że po przejściu kilkunastu metrów w słońcu człowiek jest zlany potem. (Nie przez cały czas tak mamy, tylko teraz przyjechaliśmy w tropiki nad Pacyfikiem).

Dość zabawnie i absurdalnie wyglądają przy tej pogodzie poubierane choinki i bombki na wystawach sklepów (u Was pewnie też już są). Dziwne jest też to, że niby jest lato, a ciemno się robi kolo 18 (i potem nie bardzo jest co ze sobą zrobić, zostaje cos zjeść i iść spać - ostatnio kładliśmy się nawet o 20).

(...)

Ale pewnie najbardziej Cie interesują starożytne ruiny i miasta, trochę ich odwiedziliśmy, ale nie za dużo, żeby się nie myliły:). Robiłam też dużo zdjęć (Karol uważa że za dużo, ale te ruiny są zawsze takie malownicze...). Najfajniejsze dla mnie było chyba Monte Alban, kolo Oaxaki, nie Majów ani Azteków, tylko Zapoteków. Na szczycie góry wypłaszczyli ogromny plac i dopiero na środku i dookoła postawili świątynie - niesamowity widok. Przed nami jeszcze wielkie i dobrze zachowane miasto Azteków koło Mexico City - Teotihuacán, ciekawe, czy przebije Monte Albán. A po azteckiej stolicy Tenochtitlán została tylko gipsowa makieta w muzeum, bo Hiszpanie zrównali je z ziemia i zbudowali Meksyk, co za prostaki. Wszystkie zdjęcia i sprawozdania po powrocie,

pozdrawiam,

Natalia (& Karol)


Ostatnia noc w Meksyku, 10 listopada 2005, 20:43

Hej,

Wczoraj mieliśmy dwa skrajnie odmienne doświadczenia.

Najpierw byliśmy w Acapulco - to najbrzydsze miasto jakie widzieliśmy w Meksyku. Brud, smród, zaduch i hałas (i ani jednego kościoła:) Jedyna ładna rzecz jaka tu widzieliśmy, to wielki statek wycieczkowy w porcie.

Potem dotarliśmy (3 różnymi autobusami) do Taxco. To dla odmiany najbardziej malownicze miasteczko jakie odwiedziliśmy. Wąskie uliczki na stromym zboczu góry, piętrzące się nad sobą kolonialne kamieniczki, ruchliwy tłum i mnóstwo małych samochodów (VW oczywiście). Klimat też dużo bardziej przyjazny niz nad oceanem.

Właśnie zrobiliśmy internetowy checkin na jutrzejszy lot, zaraz idziemy spać, jutro jeszcze Teotihuacan i ¡lecimy do Was!

Karol & Natalia

[500-Taxco] [510-Taxco] [520-Teotihuacan-piramidas] [530-Teotihuacan-piramidas] Ukryj zdjęcia


Po Meksyku, 13 listopada 2005, 12:27

Hej,

Wróciliśmy. Wieczorem Polska nas przywitała ciemnem, zimnem i wilgocią. Dzisiaj jest szaro - szare niebo, szare domy, szare drzewa, szare liście na ziemi i szarzy ludzie. No i trochę marzniemy w domu i chodzimy w polarach, ale pewnie zaraz przywykniemy. Powrót do rzeczywistości (choć chyba jeszcze nie całkiem, okaże się jutro w pracy).

Z wyjazdu jesteśmy bardzo zadowoleni - wróciliśmy cali i zdrowi, i ze wspomnieniami. Cieszymy się, że nasze maile sprawiły Wam przyjemność. Cała wycieczka była przeżyciem, z różnego rodzaju doświadczeniami, ale jako umysł analityczny (Karol) sprobuję jakoś wybrać najlepsze z najlepszych:

  • Wyjazd do Yaxchilanu - niezapomniana podroż łodzią, krzyczące małpy w dżungli i Frontera Corozal - wieś z ulicami z pomarańczowego piasku szerszymi od Marszałkowskiej - dla mnie atmosfera Czasu Apokalipsy
  • Wyjazd nad Lagunę Miramar - najpierw jazda 7h drogą gruntową przez góry jak z chińskich filmów o samurajach, potem marsz o świcie nad jezioro przez pastwiska i dżunglę z widokami jak na afrykańskiej sawannie, kąpiel w wielkim i cieplutkim jeziorze i w końcu przedzieranie się przez las do jeziora z krokodylami; i do tego towarzystwo Szwajcarki, Żyda z Izraela i pary Francuzów
  • Miasto Meksyk - za różnorodność, sympatycznych ludzi, dobre jedzenie i Muzeum Antropologii; Meksyk raz jest wielkomiejski z szerokimi ulicami, wysokimi budynkami i szybkim metrem, a kiedy indziej można się w nim poczuć jak w małym, zielonym miasteczku (Coyoacán); niezapomniane wrażenie robi też widok na miasto nocą z okolicznych wzgórz lub samolotu
  • Zipolite - pełny relaks nad oceanem, i dla turystów, i dla tubylców; przyjazny klimat (pod warunkiem, że w cieniu i nad samym morzem), ciepła woda, dobre jedzenie, powolne tempo życia
  • Ocosingo - za klimat małego ruchliwego miasteczka, może to kwestia tego, że byliśmy tam na początku naszej wyprawy, ale to tu czuliśmy się jak w "prawdziwym Meksyku"

No i jeszcze:

  • Taxco - najbardziej malownicze miasteczko, z wąskimi uliczkami
  • Chamula - obrzędy w kościele robią naprawdę duże wrażenie
  • Palenque - ruiny o zupełnie nie-europejskich kształtach, przez to tajemnicze

A dla mnie (Natalia) najmilsze przeżycie i wspomnienie to jazda na ciężarówce nad Lagunę Miramar przez niemożliwie zielone góry Chiapas (też: towarzystwo w ciężarówce) i dżungla wokół Laguny. A ze starożytnych architektur/urbanistyk moim numerem 1 jest Monte Albán - z racji świetnego wyboru lokalizacji i świetnego wykorzystania jej walorów.

Karol y Natalia

©2000-2019 Karol Bieńkowski
Modified: 2012-01-10 00:38
[@]
www.bienkowski.net
  [Valid XHTML 1.0!]