A travel to Spain in 2004 Polski [pl] | English [en]
[Karol Bieńkowski]

CV
Contact
Work
University
Photos
Hobbies
| Ecuador
| Mexico
| Spain


There is only Polish version of this page. Please contact me if you need translation to English.


Byliśmy z Natalią w Hiszpanii (a właściwie w Katalonii i Kraju Basków) przez 13 dni od 26 sierpnia do 7 września 2004. Postanowiłem opisać naszą wyprawę do Hiszpanii by zachęcić ludzi do pójścia w nasze ślady. Naprawdę warto. Dlatego opiszę jak najbardziej szczegółowo praktyczne aspekty wyjazdu. Nasz wyjazd miał być tani, ale też nie chcieliśmy, żeby zwiedzanie nie ucierpiało przez oszczędności, stąd m. in. podróżowanie autobusami, a nie stopem (właściwie to ja wolałem autobusy, a Natalia stopa). Mieliśmy jednak ze sobą namiot by uniknąć płacenia za ho(s)tele. Wydaje się, że taki wybór był dobry - kempingi kosztowały do 16e za nas oboje, a w hostelu w Barcelonie musielibyśmy zapłacić 23e od osoby (choć pewnie udałoby się znaleźć taniej). Moim pomysłem było nie wzięcie karimat - było twardawo, ale nie zimno. Po 5 dniach przyzwyczajania nawet dało się w miarę wyspać :).

W ogóle z Natalią nie mówimy po hiszpańsku. Na kempingach i dworcach kolejowych i aubosowych nie było nigdy z tym problemu. W supermarketach, gdzie zawsze robiliśmy zakupy też nie :). Zwykli ludzie pytani o drogę, i Ci w małych sklepikach raczej po angielsku nie umieli, ale i to nigdy nie było przeszkodą. Mieliśmy ze sobą przewodnik Pascala - jest dość pomocny, zwłaszcza plany miast, informację o przejazdach no i krótki słowniczek hiszpańsko-polski.

[26.] Kupiliśmy bilety lotnicze w WizzAir[1] po 550 pln wliczając wszelkie opłaty, więc wyszło nie drożej niż autokarem. Jedynym problemem było to, że lecieliśmy z Katowic dokąd musieliśmy dojechać z Warszawy (PKP[2] do Zawiercia - ok. 40 pln za pospieszny lub ok. 70 pln za ekspres, potem PKS[3] na lotnisko[4] - 5 pln, ). Samoloty lądują na lotnisku Girona-Costa Brava. My zamiast jechać do Barcelony (autobusy 11e w jedną, 19e powrotny, co godzinę) pojechaliśmy autobusem Barcelona Bus do Girony (co godzinę, 1.75e, bilety w okienku na lotnisku). Wybór był trafny, bo Girona to naprawdę bardzo ładne miasto z zadbaną starówką z wąskimi uliczkami. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy kolejką do Fornells de la Selva (stacja tam gdzie dojeżdża autobus z lotniska, pociąg Regionales w kierunku Barcelony za ok. 1.5e, 4-5 razy dziennie). Tam mieliśmy ładny, wieczorny spacer na kemping. Trzeba iść od stacji w dół przez małe, ładne miasteczko, potem skręcić koło jedynego kościoła w asfaltową drogę między polami. Po minięciu pola golfowego, na wzgórzu, po lewej stronie jest kemping. Stąd na stację jest ok. 2-2.5 km - są też drogowskazy. Kemping jest cichy, jest basen, czysta łazienka, pralki, itp. - kosztuje ok. 16e za nas dwoje z jednym namiotem.

[27.] Następnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Barcelony (5.20e, bilet u konduktora) i wysiedliśmy na stacji Passeig de Gracia. Stamtąd dość blisko piechotą na Placa de Catalunya, gdzie jest w podziemiach informacja turystyczna. Tam dowiedzieliśmy się, że najbliższe kempingi są na południowy-zachód od miasta i można do nich z Placu Katalonii dojechać miejskim autobusem L95 lub L94. Tak też zrobiliśmy, po uprzednim przekonaniu się, że hostele w centrum są dla nas za drogie. Bilety na autobus można kupić (karnet T10 za 6e) w automacie na każdej stacji metra). W ogóle prawie zawsze bilety można kupić w automatach akceptujących bilon i banknoty. Autobusem jedzie się ok. 30 minut, strasznie daleko dwupasmówką, aż za lotnisko. Kemping jest po lewej stronie (są nawet trzy albo cztery), wcześniej mija się po prawej wypożyczalnie przyczep. Nasz nazywał się La Ballena Allegre, miał baseny, bary, kafejkę internetową, supermarket - mnóstwo ludzi i hałasu (15.5e za parę). Za kempingiem piaszczysta plaża z widokiem na startujące samoloty. Kilka następnych dni spędziliśmy w Barcelonie dokąd codziennie dojeżdżaliśmy autobusem L94. [28.] zobaczyliśmy Sagradę Familię i Eixample, [29.] wybraliśmy się na spacer po starym mieście i Barcelonecie, a [30.] byliśmy na Montjuic. Zakupy robiliśmy głównie w supermarkecie Champion przy La Ramblas, czasami w mniejszych sklepikach i innych supermarketach.

[31.] Z plecakami na plecach pojechaliśmy na Placa de Espana, tam kupiliśmy bilet łączony na kolejkę podmiejską + linową [????e], i wyruszyliśmy na zwiedzanie klasztoru Montserrat. Pociąg i linowa są zsynchronizowane tak, żeby nie trzeba było w ogóle czekać. Była mgła, więc widoków mało, ale mi się podobało. Wieczorem pojechaliśmy metrem na Barceloński dworzec Nord, gdzie skąd wsiedliśmy o 23:00 w nocny autobus do San Sebastian. Bilety [24.5e/osoba] kupiliśmy parę dni wcześniej na tym samym dworcu, podobno mogą być problemy z kupieniem tuż przed wyjazdem. W Hiszpanii jest wiele firm autobusowych, każda z nich ma swoje ceny i własne kasy biletowe. Na szczęście pan w informacji dał nam wydruki rozkładów z cenami, więc wybraliśmy najtaniej (była i linia za 35e, a pociąg jeszcze droższy).

[1.] Dzień zaczęliśmy o 6:00 na dworcu autobusowym w San Sebastian, który nawet nie ma poczekalni... Poczekaliśmy więc na ławce aż się zrobi jasno i poszliśmy na stację EuskoTrenu (kolejki podmiejskiej), żeby pojechać do pobliskiego Zarautz. Bilety na EuskoTren [1.6e do Zarautz] można zawsze kupić w automatach. Z głównej stacji w Zarautz (lepiej wysiąść na poprzedniej) poszliśmy od razu nad ocean (robi duuże wrażenie, zwłaszcza rano), a stamtąd plażą na kemping. Trzeba iść na wschód, kemping jest na zboczu góry za polem golfowym. Pole można objeść albo plażą (dłużej lecz ładniej) albo przez miasto. Na kempingu jakoś dogadaliśmy się po angielsku i wybraliśmy sobie ładne miejsce z widokiem z namiotu na ocean [11.5e/parę+namiot]. Pierwszy dzień w ładnym Zarautz spędziliśmy na plażowaniu. Jest tu hipermarket Euroski, po drugiej stronie torów niż kemping. [2.] Następnego dnia rano udało nam się złapać stopa do San Sebastian, gdzie na zwiedzaniu spędziliśmy prawie cały dzień (warto). Wróciliśmy kolejką. [3.] Zrobiliśmy też sobie sympatyczny (5 km w jedną stronę) pieszy spacer pobliskiej Getarii. To malutka rybacka wioska z kamiennym kościołem i latarnią morską na półwyspie. [4.] Kolejnego dnia pojechaliśmy EuskoTrenem do Bilbao [2.5h, 4.3e - bilet razem z EuskoTranem - tramwajem w Bilbo]. W Bilbao zobaczyliśmy muzeum Guggenheima (na zdjęciach robi większe wrażenie) i nic innego godnego uwagi nie znaleźliśmy. [5.] Cały kolejny dzień plażowaliśmy, a wieczorem załapaliśmy się na baskijskie święto na rynku, gdzie napojono nas winem i poczęstowano serem. [6.] Nazajutrz pojechaliśmy do San Sebastian, gdzie wsiedliśmy nocny autobus do Barcelony (bilety kupiliśmy 2. w kasie niedaleko dworca). Przed wyjazdem odwiedziliśmy kilka barów pintxos (i MC Donalda).

[7.] Rano przesiedliśmy się na dworcu Barcelona Sants do Catalunya Express do Girony [5.85e, dla porównania Regionales kosztowałby 5.2e]. Tu mieliśmy mały problem, ponieważ bilety z automatu nie pasowały do bramek i okazało się, że na peron trzeba wejść po drugiej stronie kas gdzie organoleptycznie były sprawdzane przez konduktorów. W Gironie szybka przesiadka (dworce obok) do BarcelonaBus (bilet u konduktora). Potem czekanie na samolot, 2.5h lot, niecierpliwe oczekiwanie na bagaż, bieg na PKS i wio do Zawiercia. Na PKS zdążyliśmy cudem. Jako jedyni z całego samolotu wybraliśmy taki sposób powrotu z lotniska. Niedługo później byliśmy w Zawierciu, a stamtąd już po niecałych 2h jazdy ekspresem w Warszawie.

Wyprawa była udano, choć warunki lekko spartańskie. Zwłaszcza twarde spanie i brak ciepłego jedzenia trochę dają się we znaki. Za to zobaczyliśmy sporo, i udało nam się wypocząć nad oceanem. Kąpiel przy 3 metrowych falach jest super, choć męcząca. I bywa strasznie.

Odnośniki:

©2000-2019 Karol Bieńkowski
Modified: 2012-01-10 00:35
[@]
www.bienkowski.net
  [Valid XHTML 1.0!]