A travel to Ecuador in 2008 Polski [pl] | English [en]
[Karol Bieńkowski]

CV
Contact
Work
University
Photos
Hobbies
| Ecuador
| Mexico
| Spain


There is only Polish version of this page. Please contact me if you need translation to English.


Mejlowa relacja z naszej podróży do Ekwadoru. Tworzona na żywo z kafejek internetowych.


ecuador 1, poniedzialek 3 marca 2008, 19:56

Hola!

Wlasnie wrocilismy z wycieczki do Quilotoa - gorskiej wioski w Andach, nad brzegiem krateru, w ktorym jest jezioro. Pisze "wrocilismy" - bo tak sie czuje po dwoch dniach mieszkania z "indigenos" (konkretnie Indianie Quichua) w warunkach zwyklych dla nich, ale ekstremalnych dla nas. Najwiekszym problemem bylo zimno i wilgoc - bo lalo codziennie a dach nieszczelny, a na podlodze klepisko z kaluza, a ogrzewanie cale to jedna blaszana koza.. Acha, jeszcze dieta - na sniadanie jajecznica, na kolacje jajka smazone + ryz :). Ale za to:

  1. zaliczylismy miejscowe wesele, a moze raczej slub, bo wszystko sie tak ciagnelo (przemowy, blogoslawienstwa), ze na czesc taneczno-pijacka nie zostalismy
  2. obeszlismy dookola krater i lagune (rzeczywiscie piekna), ale przy okazji zmoklismy
  3. przekonalismy sie ze choroba wysokosciowa to nie wymysl; Wioska w ktorej mieszkalismy jest na 3800mnpm - na takiej wysokosci Karola boli glowa a Natalia sie latwo meczy i wycieczka wokol laguny byla naprawde wyczerpujaca.
  4. mielismy okazje przyjrzec sie przez chwile zyciu Indian; zdziwilo nas, jak malo maja do roboty :) Ojciec rodziny, Manuel, przez cala niedziele wlasciwie nie podniosl sie z lozka (to zrozumiale, z wesela wrocil rano), lezal tam w kurtce i szaliku zawiazanym na glowie. Kobiety zrobily nam sniadanie a potem kolacje oraz rozpalily w piecyku i praktycznie caly dzien przy nim przesiedzialy. Pod wieczor wpadl jakis "kuzyn" (tam sami kuzyni:), tez posiedzial przy kozie i pogadal. Dzis (w poniedzialek) rano okazalo sie ze Manuel nie jest zupelnym nierobem - maluje male obrazki, ktore hurtowo kupuja od niego jacys Francuzi - to zapewne pozwala mu potem robic nic przez dlugie tygodnie:).

Tak bylo w gorach. 2h jazdy autobusem i jestesmy w Latacundze, jest internet, hotel z lazienka i prysznicem, restauracje.. no i jestesmy kilometr nizej, wiec ciepelko, jest czym oddychac, glowa nie boli - life's good! Aha, jedlismy przed chwila tutejszy przysmak - chugchucara: smazone ziemniaki, smazone mieso, smazone banany, smazone pierozki z serem, prazona kukurydza i usmazona na chrupko skora wieprzowa - wszystko to na jednym, ogromnym talerzu... uf, raczej poprobowalismy, niz zjedlismy :)

A jutro jedziemy do Cuenca - to podobno najladniejsze miasto w Ekwadorze. I niemale, powinien byc internet:)

Zamykaja nam netcafe, wiec papa, do nastepnego,

besitos
/nat y karol

ps. jesli ktos sie chce wypisac z listy mailingowej, na ktora sie zreszta nie zapisywal - prosimy dac znac. Jesli ktos che kogos dodac - the same.


ecuador 2, czwartek 6 marca 2008, 20:58

¡HOLA!

Strasznie duzo do opowiedzenia z ostatnich trzech dni, z ktorych dwa spedzilismy wlasciwie w podrozy a jeden w pieknym i milym miescie Cuenca. Dlatego zamiast opowiesci, na ktore w tej chwili nie ma czasu - garsc obrazkow. Na zdjeciu "la boda" (czyli slub) - zadanie na spostrzegawczosc: znalezc gringos wsrod gosci weselnych :). A "pokoj z widokiem" - to widok z naszego okna w Hotelu Central (w Latacundze) - jak widac nazwa w pelni uzasadniona.

usciski
/nat y karol


ecuador 3, piatek 7 marca 2008, 11:05

¡Hola!

Jest chwila czasu, jest net, wiec oto co porabialismy przez ostatnie trzy dni. Jakos tak wyszlo ze pobyt w Quilotoa nie zachecil nas do dluzszego przebywania z goralami i zrezygnowalismy z aklimatyzacji na rzecz przyjemnosci - czylu pojechalismy sobie do Cuenca. I zdecydowanie nie zalujemy. ("uwazam ze warto bylo pojechac"). W Cuence piekne stare miasto, na glownym placu, pod palmami i przy fonatnnie mozna by siedziec godzinami i tylko dosmarowywac sie co jakis czas kolejna warstwa filtru UV. Zeby jeszcze tylko tubylcy nie reagowali nerwowo na aparat fotograficzny..

W kazdym razie dzien minal nam na przyjemnosciach, zafundowalismy tez sobie luksus profesjonalnego czyszczenia butow - a nasze trapery po wycieczce w gorach naprawde byly wyzwaniem. Moich, zamszowych, to nawet pierwszy zapytany pucybut w ogole sie nie podjal... Nastepny za to nie mial watpliwosci, ze da rade i po kilku minutach intensywnych zabiegow mialam buty jak nowe - doslownie, bo o ile pamietam byly kiedys szaroniebieskie, a teraz sa czekoladowo-brazowe ))) (ta przyjemnosc dwa dolary, czyli do najtanszych nie nalezy).

Oprocz tego w Cuence mozna zrobic zakupy, smacznie zjesc, a nawet pobawic sie w klubach (choc tego akurat nie sprobowalismy). Generalnie miasto jest barwne i troche "miedzynarodowe" - sa knajpki meksykanskie, kubanskie, wloskie. Ludzie na ulicach tez ubrani inaczej niz widywalismy dotychczas - wiekszosc ma niepodarta i calkiem czysta odziez, co w tym kraju jest raczej wyjatkiem niz regula. (A niektorzy to nawet nosza okulary!) Przy okazji czyszczenia butow przejrzalam miejscowy szmatlawiec, ktory na pierwszej stronie informowal o tym, ze w zlikwidowanym na terenie Ekwadoru obozie FARC-u znaleziono prezerwatywy i damska bielizne - nie wiem, jakie wiesci o konflikcie na granicy z Kolumbia podaja u was w Polsce, ale skoro tutaj newsy sa na tym poziomie, to na nic powaznego sie raczej nie zanosi :).

Aha, zeby nie bylo calkiem sielankowo, mielismy mala przygode w drodze do Cuenca. Wsiedlismy w dosc pozny autobus, mielismy byc na mejscu kolo 21 (a to tutaj pozna pora). Niestety w pewnym momencie autobus przestal jechac i czekalismy nie wiadomo na co, kierowcy grzebali w silniku i nic nie mowili. Zaczelismy myslec, ze zaraz bedzie zrzutka na "remontik", ale awaria okazala sie prawdziwa i trwala. Po dwoch godzinach czekania w jakiejs dziurze w gorach przejezdzal wreszcie kolejny autobus; bylismy na miejscu o polnocy.

W ogole jezdzenie autobusami jest tutaj niezla rozrywka. Oprocz widokow (jak na obrazku w poprzednim mailu) - jest jeszcze obnosna sprzedaz przekasek wszelkiego typu. Kiedy tylko przejezdza sie przez jakas miejscowosc - autobus zwalnia i jeden po drugim wsiadaja sprzedawcy owocow, czipsow, prazonej fasoli, pieczonego kurczaka, gum do zucia, lodow... kazdy przechodzi przez autobus nawolujac, szybko dokonuje transakcji z pasazerami (na 25 do 50 centow) i wyskakuje. Oprocz tego zdarzaja sie "konferencje na temat zdrowia" polegajace na tym ze najpierw tlumaczy sie ludziom jak strasznie niezdrowo zyja, pokazuje obrazki z rakiem i wszelkimi innymi chorobami, potem jest o tym, ze leki z apteki to chemia i trucizna, a konczy sie to wszystko sprzedaza cudownych specyfikow pochodzenia roslinnego, ktore lecza wszystko a nie szkodza na nic, no i oczywiscie sa dostepne w absolutnej promocji, 3 opakowania w cenie 2. Po czym sprzedawca dziekuje za uwage, zyczy milego dnia i wyskakuje bo autobus akurat wyjezdza z miasta. W autobusach mozna tez spotkac ciekawych ludzi - na przyklad astronomow z Quito, jadacych w kraj z prelekcja na temat renowacji stolecznego obserwatorium. Skarzyli sie troche, ze w Quito maja tylko 80 nocy w roku, kiedy chmury nie zakrywaja im nieba. Wypada im wierzyc, bo odkad tu jestesmy nie bylo ani dnia bez deszczu.

Dzis wyruszamy do Parque Nacional Cotopaxi, Latacunga zegna nas piekna pogoda i huczna parada (no dobra, to pewnie nie z naszego powodu:).

Zmykamy,
milej pracy a todos,

/nat y Karol


ecuador 4 - remis, niedziela 9 marca 2008, 13:25

¡Hola!

Wrocilsmy spod Cotopaxi. Lekko nie bylo. Najpierw spedzilsmy noc w 'obozie aklimatyzacyjnym' na 3500. Bylo to dosc duze schronisko w ktorym bylismy tylko my, gospodarz (Augusto, bardzo dobrze gotowal) i dwa psy. Okolicy nie bardzo nam sie udalo zwiedzic bo w ktora strone nie poszlismy to napadalo nas stado szczekajacych psow.

Nazajutrz przyjechal po nas przewodnik (Patricio) i wjechalismy jego samochodem na 4500. Po drodze klimaty najpierw troche afrykanskie (chyba, bo sawanny prawdziwej nie widzialem), potem islandzkie, a na parkingu snieg. Stamtad 300 m w gore do schroniska. No i sie okazalo, ze do wysokosci nie zupelnie jestesmy przystosowani. Mnie (Karola) oczywscie caly czas bolala glowa, a Natalia stracila apetyt. Po krotkim szkoleniu z uzywania gorskich sztuccow (ice axe & crampons) i obiedzie poszlismy niby spac. Od 18:00 do 24:00, ale ja (Karol) to oczywiscie nie pospalem, bo glowa bolala, i dostawalem zadyszki po przewroceniu sie z prawego na lewy bok.

Po sniadaniu o polnocy (jakos nie mielismy apetytu) ruszylismy w gore z czolowkami. I okazalo sie, ze calkiem sprawnie nam idzie. Nie bylo zbyt zimno, gwiazdy na niebie, a w gorze inne grupy z czolowkami. Po 2h marszu Patricio wyrabal czekanem kostke sniego-lodu i uznal, ze dalej isc sie nie da. Bo pod warstwa zmarznietego sniego jest snieg sypki i w kazdej chwili moze zejsc lawina. No to nie bylo dyskusji i zeszlismy, i nasz nowy rekord wysokosci to 5200 zamiast 5897. Czyli remis, bo nie weszlismy, ale nie wymieklismy.

A dzisiaj w Quito jestesmy niezle zmeczeni. I okazalo sie, ze Natalie spieklo slonce, i to przez godzine (szkolenie lodowcowe), i to mimo tego, ze slonca zza chmur nie bylo (widac).

To tak skonczyl sie nasz pierwszy tydzien w Ekwadorze spedzony w Sierra. Od jutra Oriente, czyli dzungla, amazonska.

Pozdrawiamy,
Karol (i nat tez, choc zmeczona)


ecuador 5, sobota 15 marca 2008, 23:28

¡Hola!

Drugi tydzien podrozy za nami, to znaczy ze zostal juz tylko jeden, chlip.
Co prawda na poczatku bylam troche "homesick" (a moze to byla tylko choroba wysokosciowa:), ale teraz mi sie wydaje ze krotkie te wakacje...

Ostatnie pare dni (pn-pt) spedzilismy glownie w dzungli.

Bataburo to miejsce zbudowane w srodku lasu, wylacznie dla turystow - drewniane chatki kryte palmowymi liscmi, ale w srodku - wykafelkowane i czysciutkie lazienki (woda tylko zimna, ale to w tropikach niewielki problem:), przytulne pokoje. W dodatku na naszym "turnusie" bylo tylko czworo turystow (my i dwie mile Szwajcarki), a do obslugi jakies 6 osob - w tym dwoch przewodnikow i wysmienity kucharz. Juz sama podroz do Bataburo byla ciekawa - lot z Quito do miasta Coca, potem 3h czyms w rodzaju autobusu (ale bez scian), nastepnie 4h lodzia w dol rzeki Tiguino - po tym wszystkim czulismy, ze jestesmy w miejscu naprawde oddalonym od cywilizacji.

Na miejscu bylo naprawde ciekawie, sama puszcza - bogactwo gatunkow, kolorow, dzwiekow, no i skala - robi niesamowite wrazenie (np pojecia: "drzewo" i "deszcz" nabraly dla nas nowego znaczenia :). Do tego ciagly komentarz wyjatkowo kontaktowego przewodnika - Livio, ktory teoretycznie mowil takze po angielsku, ale juz latwiej rozumielismy jego hiszpanski :) Dzieki temu my podciagnelismy sie z hiszpanskiego i wzbogacilismy swoj slownik o tak podstawowe wyrazy jak: ryba, pajak, zaba, waz, mrowka, lisc, pien, ogon, plaz, gad oraz jadowity/trujacy, w odroznieniu od - jadalny. A niektore rzeczy - palma, liana, pirania, kajman, tarantula - nazywaja sie calkiem jak po polsku ))). Dodam, ze wszystkie z wymienionych spotkalismy osobiscie - tarantula przesiadywala wieczorami na krzesle przy sasiednim stole, papuga byla dosc bezczelna, by bywac nawet na naszym, a w lazience widziano skorpiona. Poszerzylismy tez horyzonty kulinarne, probujac m.in.: kurary, kwasnych mrowek i piranii (btw - piranie nie jedza ludzi, to ludzie jedza piranie; podobnie z kajmanami). Z dzungli - oprocz milych wspomnien, nowych znajomosci i zdjec - przywiezlismy tez tatuaze.. ale takie robione sokiem owocowym, wiec (podobno) niebawem sie zmyja.

Dzis bylismy na krotkiej wycieczce do Otavalo - sobota to dzien targowy a tutaj, podobnie jak w Mex, jest to nie lada widowisko (w dodatku zakupilismy tzw suweniry:).

Jutro z rana ruszamy wreszcie na wybrzeze, odpoczac i wygrzac sie na plazy (ale nic nie jest doskonale - podobno roi sie tam od komarow..)

pozdrowienia i usciski,
/ nat y Karol


ecuador 6, sroda 19 marca 2008, 14:40

Hola,

Znow jestesmy w Quito. Z plazy 'ucieklismy' dzien wczesniej niz planowalismy. Okazalo sie, ze nasze organizmy nie do konca sobie radza z tamtejszymi warunkami.

Wycieczka do Costa (wybrzeze), to podobnie jak wycieczka do Oriente (dzungla) wyprawa w zupelnie inny swiat, inny nie tylko od Polski, ale i inny od Quito i Sierry. W Oriente przywitalo nas po wyjsciu z samolotu gorace i wilgotne powietrze. Nad oceanem ìnne bylo nie tylko powietsze (wilgotne) i slonce (prazace), ale i ludzie. Polnocne wybrzeze to rejon afro~ekwadorski i wiekszosc ludzi byla czarniejsza i wyzsza niz gdzie indziej. Ich hiszpanski byl trudny do zrozumienia, a muzyka w autobusach to raczej niewyszukane disco, zamiast lzawych ballad z z wyzyn.

Plaza miala duzy ´potencjal´ ~ byly palmy, piasek, skaly i slonce. Jednak miejscowi nie przykladaja wielkiej wagi do czystosci i porzadku, wiec plaza byla ciut zasmiecona. Oprocz tego po plazy dwa razy dziennie przegania sie stado krow. W kuchni tez nie dbaja zbytnio o sterylnosc, na co nasze europejskie brzuszki nie byly do konca przygotowane.

Bylo dosc sympatycznie, bo pogoda w sam raz ~ czasem slonce czasem desz, a ciagle goraco, nawet deszcz cieply ~ i ludzie rozmowni (czasem zbyt), ale uznalismy ze my jednak jestesmy bardziej miastowi. Ostatnie dwa dni w Ekwadorze wiec spedzamy wloczac sie po Quito, troche zwiedzajac, troche odwiedzajac rozne knajpki. Nie jest do konca lajtowo, bo dzis wspinalismy sie na wieze bazyliki ~ a wchodzi sie na sam czubeczek, po roznych drabinach, siatkach drucianych, drewnianych kladkach i blaszanych daszkach (i nawet bilety na ten gabinet strachu sprzedaja, po 2$).

Pozdrawiamy,
Karol y nat


ecuador 7 - fin, czwartek 20 marca 2008, 21:57

¡Hola!

To juz zapewne ostatni raz odzywamy sie z Ekw, jutro rano wsiadamy w samolocik i wracamy do was! Przez ostatnie dwa dni w Quito zafundowalismy sobie prawdziwa "turystyke" - czyli od zabytku do zabytku, muzeum, knajpki itp.. Dzis jako program edukacyjny byl "Mitad del Mundo", czyli "srodek swiata" (a jechalo sie raczej jak na koniec...), czyli pomnik rownika. Zeby bylo smieszniej rowniki do zwiedzania sa dwa - jeden, na ktorym stoi wspomniany wyzej pomnik, wyznaczony w XVIII wieku przez jakiegos francuskiego astronoma, i drugi - jakies 250m dalej, wyznaczony niedawno przez wojskowe gps-y. Zwiedzilismy oba )). Oraz "muzeum" z kilkoma eksperymentami typu stawianie jajka na czubku, spuszczanie wody ze zlewu (tu rzeczywiscie woda sie nie kreci splywajac) i kilka innych nie do konca naukowych sztuczek (przyznaje, ze chodzenie z zamknietymi oczami wzdluz linii rownika jest trudne; musze jeszcze tylko sprawdzic w PL, czy chodzenie z zamknietymi oczami wzdluz jakiejkolwiek prostej linii, z dala od rownika, jest latwiejsze).

Ostatniego dnia pobytu postawlismy na tradycyjna kuchnie ekwadorska, co raczej potwierdzilo moje dotychczasowe wrazenia, ze jest niespecjalnie ciekawa. Drobne podsumowanie: soki i owoce - pierwsza klasa (ale to nie zasluga kucharzy tylko przyrody), zupy - owszem, zwlaszcza jak sie niezle zmarznie; niezle sa tez przekaski sprzedawane na ulicach i w autobusach. Ale glowne danie to zwykle smazone lub duszone mieso i "dodatek skrobiowy" - ryz/frytki/juka, plus obowiazkowo smazony banan. Mozna sie do tego spodziewac plasterka pomidora i z warzyw to tyle :). Zdecydowanie najbardziej interesujaca jest kuchnia z wybrzeza, z lekkimi wplywami afrykanskimi (podobno; bo taki tam miks etniczny). Mi posmakowalo "ceviche" - takie jakby sushi "na mokro" - ryby/malze/kalmary/krewetki (wszystko oprocz krewetek-surowe) marynowane w soku z limonki z ziolami i cebula (przyjemnosc jedzenia psuje troche obawa o standard higieniczny i ewentualne skutki, ale akurat przy ceviche bylo wszystko ok).

Wieczorem wypilismy jeszcze za pomyslnosc Ekwadoru pozegnalnego drinka z widokiem na nocna panorame miasta. I tym milym akcentem... skonczyly sie nam wakacje.

Na szczescie wracamy prosto na swieta, wiec z przyjemnoscia.
¡Hasta la vista / do zobaczenia!

/nat y Karol


Informacje praktyczne
  • Polecielismy na miejsce z KLM via Amsterdam (i Bonaire)
  • Na Cotopaxi bylismy z przewodnikiem z Moggely. Polecamy Moggely i nocneg w Valhalli.
  • Wycieczke do dzungli do Bataburo Lodge wykupilismy w Kempery. Rowniez polecamy.
  • Nocleg kosztowal nas srednio 8-10 usd za osobe. Obiad 5-6 usd. Spalismy w hostelach, ale nie zalezalo nam na najtanszym noclegu w miescie. Obiady tez mozna by jest taniej. Autobusy kosztuja ok. 1 usd za godzine jazdy. Samolot Quito-Coca 60 usd za osobe w jedna strone.
©2000-2019 Karol Bieńkowski
Modified: 2008-09-07 18:10
[@]
www.bienkowski.net
  [Valid XHTML 1.0!]